Ah, leniwiec ze mnie. Czas przecieka mi przez palce, a kiedy już go trochę wysupłam, kompletnie brakuje mi weny, inwencji, jak zwał, tak zwał. Nie chce przyjść, jędza jedna. Do matury zostało 64 dni (sic!) i ogarnia mnie coraz większe przerażenie.
Udało mi się zabrać za siebie i zrobić kilka zdjęć (chociaż dziennego światła nie upolowałam).
To pokazywana ostatnio bransoletka. Chyba nadal nie udało mi się złapać koloru, mi kojarzy się on z opakowaniem kremu Nivea. Tego najpopularniejszego, nadającego się zupełnie do wszystkiego. Z resztą, to pudełeczko jest dla mnie najidealniejszym kosmetykowym designem jaki spotkałam (może to i dziwne, ale uwielbiam na nie patrzeć).
Duże (2 cm średnicy) koraliki kupiłam zupełnie bez pomysłu, ot wiedziona właśnie kolorem. I kiedy już przyszły, okazało się, że świetnie pasują do mniejszych (jakieś 13mm) o tej samej barwie. No i dalej samo się potoczyło, srebrne kuleczki, przezroczyste crackle i szlifowane maleństwa, a do smaczku jeszcze kilka granatowych, opalizujących drobiazgów.
10-cio i 6-cio milimetrowe kosteczki w cudnych zielonościach.
Tu 6-cio milimetrowe kosteczki i chomikowane od jakiegoś czasu maleństwa Svarowskiego.
kilka zdjęć więcej
Bo ja w ogóle uwielbiam szkło!:) Kolory, odcienie, migotanie w słońcu. I nie potrzeba wymyślnych kształtów, by stworzyć spektakl.
Dziś Dzień Kalevali - fińskiego eposu narodowego. Jeszcze nie przeczytałam całej, ale nie przeszkadza mi to w zachwycie. Pozwólcie, że podzielę się fragmentem:
Pora zacząć opowieść,
Wzbić się pieśnią rodzinną
Nad klechdy wieczorne ludu,
Melodii rozwinąć skrzydła,
(...)
Rzadko się spotykamy,
Trudno się nam odnaleźć
Na tej szerokiej ziemi,
Szarej ziemi północy.
Zbliż swoją dłoń do mojej,
Spleć palce swoje z moimi,
By wzbiła się z dłoni pieśń
zilustrowane muzycznie: Ensiferum
Kupię kalendarz, ogarnę się, wrócę w pełni chwały... może.
PS. Zrobiłam, zrobiłam, zrobiłam! Pierwszą chustę na drutach! Nie wszystko się udało, ale i tak jestem z siebie dumna!